kazdy raj ma swoja ciemna strone, nawet na kostaryce. no bo tak. z jednej strony oszalamiajace, bezludne plaze. a z drugiej strony - plaze ze zwalami smieci. jakby przyjechala ciezarowka z wysypiska i oproznila kilka ton plastikowych butelek, plastikowych fiolek po lekarstwach, plastikowych japonek, plastikowych szczotek na zeby. wspolnym mianownikiem byl zdecydowanie plastik.

byly takie miejsca, ze doslownie brodzilo sie w tych smieciach.

mowiac szczerze bylam w lekkim szoku. po zaciagnieciu jezyka u miejscowych oraz potwierdzenia moich odkryc u napotkanych amerykanskich ekspatriatow wyszlo na to, ze te smieci podrozuja kilkadziesiat kilometrow, jak nie kilkaset z glebi ladu naprzeciwko (bo my bylismy na czubku polwyspu). kostarykanczycy w san jose, najwiekszej metropolii, wyrzucaja smieci na ulice. jak pada deszcz smieci splywaja do rzeki, rzeka do morza, a prady morskie transportuja je na niektore plaze tego wlasnie polwyspu. a o miejscu gdzie smieci laduja decyduja prady. kosmos. jak plynelismy promem, to widzielismy sznurki smieci ciagnace sie kilometrami.
co ciekawe, kostaryki nie wydaje sie krajem brudnym czy zasmieconym. defakto - reklamuje sie jako stolica eko-turystyki.

po tych wakacjach ani razu nie kupilam wody w plastikowej butelce (wode zabieram z domu ze soba w butelce
klean kanteen) a kazdy najmniejszy kawalek plastiku wyrzucam do recyclingu. nagle kupowanie takiego np. zelu pod prysznic w formie bulk (czyli idziesz do sklepu ze swoja wlasna butelka i napelniasz) nabralo namacalnego sensu. aczkolwiek przyszlosc naszej planety widze cienko, bardzo cienko. nie wiem, czy fakt, ze nie uzyle 20 plastikowych butelek w skali roku cos zmieni. choc mozna by rzec, ze jesli sto milionow ludzi nie uzyje tych 20 butelek w skali roku, nagle mamy 200 milionow butelek nie ladujacych na takich plazach.