Sunday, October 12, 2008

ząb zupa zębowa

jednym z wielu niezaprzeczalnych plusów północno-kalifornijskiej jesieni (poza tymi oczywistymi, jak brak mgły i słońce do bólu) jest pojawienie się mojego sezonowego narkotyku, butternut squash. no dobra, również cieszą oko i podniebienie dynie, sweet potatoes oraz jabłka macintosh. butternut squash mogłabym jeść 24/7 i generalnie się w nim tarzać. ponoć jest o jedno z najzdrowszych warzyw, wiec podejrzewam, że gdyby do tego doszło, to grypy bym pewnie nie widziała na oczy przez dekadę. jesień inspiruje mnie również do gotowania zup (które głównie zjadam w samotności, bo hubby gardzi zupami). do bólu przerabiam ostatnio butternut squash soup, a wczoraj zrobiłam pyszną zupę kalafiorową z przepisu, który dostałam od miłego pana ze swanton berry farm. jak to mówi rachel ray (która notabene przyprawia mnie o drgawki): yum-o!

Thursday, October 9, 2008

the economist

w sieci krąży domniemana okładka economista, ponoć nieprawdziwa. czy tak czy siak - dobre.


big wave surfing

chciałoby się znaleźć jakiś dobry zastępczy temat i jasne, życie toczy się dalej, ale mam wrażenie że wszystko trochę zastygło jak w stop klatce i ludzie czekają na wybuch bomby. my również. z jednej strony aż nas palce swędzą żeby wskoczyć w obliczu kolosalnych obniżek cen nieruchomości (dotąd dla nas niedostępnych) w swój własny kawałek parkietu i dachu nad głową. podjęliśmy decyzję przeprowadzenia aktywnego rekonesansu ofert, cholera wie, może upolujemy jakąś okazję. z drugiej strony, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nadchodzi tsunami masowych zwolnień w sillicon valley. i bądź tu człowieku mądry. jedyne co, to ceny spadną pewnie jeszcze bardziej, i miejmy nadzieję, że uda nam się przy okazji nie wylecieć na bruk.

Wednesday, October 8, 2008

the meaning of life

wall street w gruzach, main street w zgliszczach a ja panie mam problem, bo siem przenieśli do innego budynku i kafeteria pracownicza siem zjebała. w starym budynku numer 17 było oszałamiająco bosko. swieża pizza z pieca, hinduskie, azjatyckie, grill, panini bar, salad bar, taco bar, hamburgery, sushi, ice cream sundaes, mięciutkie fotele i jak czeresienka na torcie, starbucks. obecnie pracuję w budynku numer 2 i do kafeterii, o zgrozo, trzeba przejść do budynku numer 3. kafeteria sama w sobie po-raż-ka. asortyment 1/4 i wszystko wydaje się dość zwiędłe. hinduskie wzięłam raz i bolał mnie brzuch przez reszte dnia. bye bye double soy lattes & frappucinos. jasne, mogłabym udawać sie na lancz do budynku numer 17, ale dojazd zająłby mi z 15 minut. i tak to. praca straciła sens.

Tuesday, October 7, 2008

debating our destiny

wczoraj na PBS poleciał bardzo ciekawy program dokumentalny jima lehrer'a o debatach prezydneckich ostatnich 20 lat. fascynujacy dokument, polecam, warto albo poszukać i nagrać na DVR, można też obejrzeć tu. swoja droga ciekawe, jak zaciekłe reklamowanie się georga dubya podczas kampanii 2000 jako washington outsider wydaje sie tak bardzo... hmm.... podobne... brzmi znajomo.... coś jak maverick? <wink wink, wink wink >

Monday, October 6, 2008

tempus fugit/everybody needs a little romance

nadeszła pierwsza rocznica naszego slubu. hubby odswieżył swoją z lekka przykurzoną zbroję rycerza na bialym koniu i uprowadził nas w niedzielę do hoteliku w half moon bay, w ktorym sie zaręczyliśmy 2 lata temu. w pokoju czekał szampan oraz 2 tuziny białych róż z karteczką "one year down, a million to go..." a potem pojechaliśmy do SF na obiad. wszystko było niespodzianką. no więc musze przyznać, że ten mój biedny mąż może nie zawsze rzuca się pierwszy do sprzątania , ale za to nadrabia (skutecznie) rycerzowaniem.



widok z okna






śniadanie z widokiem

Friday, October 3, 2008

when celebrities blog

niejaki diddy aka p.diddy aka puffy aka puff daddy (koles zmienia psedudonim co pol roku, taki prince ze swoim znakiem sie przy nim chowa) ponoc bloguje. kto nie bloguje w dzisiejszych czasach, co nie. diddy nigdy nie wzbudzal mojej sympatii, zwlaszcza uslyszawszy historie mojego meza, ktory mial z tym panem swojego czasu stycznosc zawodowa. anywho. ponizsze video diddy'ego znalazlam (rzecz jasna) na innym blogu (nie wiem, jak ludzie funkcjonowali w erze przed-blogowej) i: a). umarlam ze smiechu b). pokochalam diddiego do grobowej deski. milego ogladania.


jutro

ma padac!!! deszcz!!! po raz pierwszy od bodajze 5 miesiecy. codziennie mijam lexington reservoir , ktory mniej wiecej od czerwca jest kompletnie suchy, nie ma w nim nawet kaluzy wody. ani chybi idzie zima. czas na prawde zaczac odkurzec te plastikowe renifery.



Thursday, October 2, 2008

quote of the day

gmail lubi mi co jakis czas zapodawac "funny quote of the day". przewaznie sa one takie sobie, noic specjalnego, natomiast dzisiejszy to rzeczywiscie strzal w dziesiatke.

"Marriage is give and take. You'd better give it to her or she'll take it anyway." (Joey Adams- nie mam pojecia, kto to jest)

Wednesday, October 1, 2008

warren buffet na prezydenta

ostatnie kilka dni zarzadzam w domu "wieczory bez wiadomosci". mysle tez zeby sobie zrobic samoczynny zakaz NPR, bo dwie godzinny dziennie wiadomosci, ktorymi swiat jest raczony ostatnimi tygodniami, to zakrawa na murder porn. na dodatek jutro debata VP ze szmata naczelna w roli glownej, ktorej NIE bede ogladac, bo mi na prawde szkoda nerwow (albo jak niektorzy mowia, szkoda nerw). wystarczylo mi kilka klipow z wywiadu z katie couric, zeby stracic apetyt na reszte dnia (co pewnie samo w sobie nie jest zle). kobita na prawde z choinki sie urwala, co w obecnych okolicznosciach przyrody jest zaiste tra-gicz-ne. i dlaczego, dlaczego ten cholerny kraj nie moze miec jakiegos PRZYZWOITEGO lidera? wezmy takiego warren buffeta. kiedys ogladalam z nim wywiad w TV i skromnosc oraz dostepnosc tego czlowieka mnie porazila. najbogatszy czlowiek swiata. w 2006 oddal 83% (!!!!) swojej fortuny na cele charytatywne ( a konkretnie dla fundacji Gates'ow, ktorych tez podziwiam za poswiecenie filantropi). z ciekawostek, mieszka w omaha, nebraska (przejezdzalam raz i zapewniam wszystkich, ze jest to zadupie, jakich malo) w domu, ktory nabyl 40 lat temu za 31tys dolarow. na dodatek: wizjoner. w 2003 (5 lat temu!) okreslil te cholerne derywatywy jako bron masowego razenia. teraz praktycznie dokonal bailoutu goldman sachs, rzucajac w ich strone 5 milardow, podczas jak kongres sobie politykowal. moze zamiast listow do obamy trzeba zaczac pisac listy do buffeta?