Wednesday, October 8, 2008

the meaning of life

wall street w gruzach, main street w zgliszczach a ja panie mam problem, bo siem przenieśli do innego budynku i kafeteria pracownicza siem zjebała. w starym budynku numer 17 było oszałamiająco bosko. swieża pizza z pieca, hinduskie, azjatyckie, grill, panini bar, salad bar, taco bar, hamburgery, sushi, ice cream sundaes, mięciutkie fotele i jak czeresienka na torcie, starbucks. obecnie pracuję w budynku numer 2 i do kafeterii, o zgrozo, trzeba przejść do budynku numer 3. kafeteria sama w sobie po-raż-ka. asortyment 1/4 i wszystko wydaje się dość zwiędłe. hinduskie wzięłam raz i bolał mnie brzuch przez reszte dnia. bye bye double soy lattes & frappucinos. jasne, mogłabym udawać sie na lancz do budynku numer 17, ale dojazd zająłby mi z 15 minut. i tak to. praca straciła sens.

5 comments:

Anonymous said...

rozumiem. moj maz tez sie zawsze dziwi tym kafeteriom z amerykanskich korporcji. nie rozumie dlaczego musza serwowac taki syf i dlaczego pracownicy nigdy nie protestuja

evek/ewwwek/ewa said...

ty tak nie rozpaczaj, bo ja tu widze luke na intratny biznesik = trzeba se samemu otworzyc co sie chce jesc i pic! ;O)

Anonymous said...

Hm... Ja przynosze wlasny lunch, bo tak taniej i zdrowiej. Przez co jestem szczuplejsza niz 95% ludzi w moim budynku ;). Ale doskonale rozumiem Twoj bol, nic gorszego niz zle jedzenie i do tego maly wybor.

Anonymous said...

No widzisz. Kazdy ma jakies problemy. Ja sie ostatnio napalilam na drogie kozaki i kazde inne, ktore nie sa nimi stracily sens.

ania k said...

ania, łączę się w bólu!

aneta, sugerujesz może, że jestem gruba ;-) ? (żartuje rzecz jasna, żeby nie było)

hjuston,no wlasnie. kwestia przywyczjania?

ewa - no wlanie, ale nie rozumiem, czemu kafeteria w innym budynku bula tak wypasna, a ta wrecz przeciwnie