Saturday, February 28, 2009

doom and gloom

jak plotkuję na czyjś temat, hubby zawsze mi mówi: "if you have nothing nice to say, don't say anything". ta sama zasada wydaje się mieć sens wobec publikacji blogowych. tak więc nie będę się rozwodzić na temat generalnego rozkładu wewnętrznego jaki odczuwam, i że w związku tym brak mi weny i jakichkolwiek przemyśleń. z pozytywów to powiem, że a) wiosna dziś przyszła i to chyba nawet pieszo, ptaki świergoliły jak oszalałe, nie wiem kiedy i jak wszystko zaczęło kwitnąć, ale faktem jest, że nagle pojawiły się wszędzie kwiaty i było dziś zadziwiająco ciepło i przyjemnie na naszym spacerze na west cliff drive; b) dziś również odkryłam, że za tydzień zmiana czasu, w związku z tym HALLELUJAH kończą sie moje powrotu do domu po nieoświetlonej i ciemnej jak cholera hwy 17 oraz uwaga, jest wreszcie jest szansa na spacery po pracy. o negatywach miało nie być, ale chyba muszę jednak wspomnieć to to, że do cholery wkurwia mnie fakt, iż moje ulubione programy na NPR stały się nie do słuchania: market place with kai ryssdal, all things considered, california report oraz here and now with robin young. bez NPR moje dojazdy do pracy stają się torturą, ale ostanio łapię się na tym, że - o zgrozo - wyłączam moje ukochaną radiostację, która normalnie jest dla mnie jak woda i powietrze. czy faktycznie jest tak beznadziejnie źle, czy może NPR podąża śladem sensacjonalnych mediów, które młócą ten cały doom&gloom do ostatniej kropli krwi? w każdym razie - nie da się tego słuchać. tak więc nie wiem. jakieś remedium? napisać do nich?

Thursday, February 26, 2009

you should have seen this

pokazuje TO mezowi, a tu prosz, okazuje sie, ze panowie pod 40-tke godzinami surfuja w pracy na youtube z kolegami i ze zaden z tych klipow to dla niego nowosc. normalnie mr. cool. przyznaje, ze ja znalam zaledwie z 50% tych klipow. czyli jestem loserem badz sucharem badz both. moim zdaniem na liscie brakuje kilku klasykow, przede wszystkim chocolate rain ( 35+ milionow obejrzen) i dramatic squirrel (nie wiem ile obejrzen, bo nie moge sie polapac, ktory to oryginal). *** errata: oba klipy na liscie sa. ale wczesniej ich nie bylo. moze ktos poszedl po rozum do glowy i dodal. troche tez od zeszlego tygodnia klipow posciagali (puste pozycje)***ucieszylo mnie natomiast niezmiernie w niedziele, ze wylapalam ewidentna aluzje willa smitha na oscarach do boom goes the dynamite. a w ogole ostatnio wszelkie imprezy badz wizyty u ludzi badz u nas koncza sie na youtube. tez tak macie?

moim all time faworytem jest kichajaca panda. moge ogladac non-stop.


Wednesday, February 25, 2009

humane society

pojechaliśmy w niedzielę do naszego lokalnego SPCA oddać rzeczy, które zostały nam po nelo. 2 prawie nowe psie łóżeczka, zabawki, miski, resztki karmy oraz ciasteczek. pozostałe po niej leki (niektóre bardzo drogie) zawieźliśmy wcześniej już do jej szpitala, gdzie na pewno się przydadzą. zachowaliśmy jej obrożę i smycz, jedną miskę oraz jedną zabawkę. nie wiem, może to chore, może normalne. czasami biorę do ręki jej obrożę i jest mi trochę lepiej.

w każdym razie nie o tym miało być. SPCA to wspaniała organizacja, humantiarne schronsko dla zwierząt, skąd również i wywodziła sie nelo (HSPCA w houston). flip jest zdecydowanym psiarzem, który ma talent do psów i czerpie wielką radość z jakiegokolwiek kontaktu z czteronogimi. tak więc kulminacyjnym punktem programu miały być puppies, które można do woli wyciągać z klatek, myziać po brzuszkach i za uszkiem. poszliśmy do tych szczeniaków i niestety moim pierwszym odruchem była chęć natychmiastowego wyjścia z tamtąd. dużo wody upłynie zanim będziemy gotowi na kolejnego psa. może mniej niż mi się teraz wydaje, ale w każym razie jeszcze nie dziś lub za tydzień. to znaczy my byliśmy tam te psy tylko oglądać, ale wiadomo w podtekście jest następca nelo. taka była ta nasza wizyta. szczeniaki miały wiele chętnych do obściskiwania, więc im na pewno nie było smutno, że za długo nie zabawiliśmy.

Sunday, February 22, 2009

second chances

trochę mi żal benjamina buttona, no ale jestem pierwszą fanką slumdoga, więc się strasznie cieszę. i te dzieci z filmu na scenie! normalnie się popłakałam. kate winslet - jak meryl streep miała przegrać, to tylko z boską kate. natomiast jesteśmy z hubbym niepocieszeni wielką przegraną mickey rourka. sean penn zagrał świetnie, ale moim zdaniem oskar należał sie mickiemu i koniec. oraz niestety chyba ominęła nas niezła przemowa. na pocieszenie fenomenalnie-absurdalno-wulgarna przemowa z już ostatniej nagrody chyba, jaką miki dostał za wrestlera, czyli wczorajszego independent spirit awards. mickey - u r my hero.

Saturday, February 21, 2009

gorączka oskarowej nocy

wczoraj usiłowałam wytłumaczyć koledze z pracy, czemu lubię oglądać oskary. jasne - nadęta, długa w cholerę pompa hollywoodzka. i oczywiście - fake celebrities i mdląca komercha. ale kiedyś, w swoim poprzednim życiu, pracowałam przy produkcji tivi szołs i wiem ile krwi i potu jest wylewane przy jakichkolwiek produkcjach. jak jest to skomplikowane logistycznie. i nawet przy gównianym programie dokumentalnym dla discovery czy national geographic pracują dziesiątki ludzi przez dziesiątki godzin, żeby stworzyć spójne i strawne 45 minut na ekranie. dwa lata temu byliśmy u kolegi mojej koleżanki, który pracuje dla pixar. i na przykład ten kolega pracował przez pół roku nad... spandexem dla pana incredible. animatorów to było tam z kikudzesięciu. a ilość serwerów w owym pixarze mnie poraziła. wniosek taki, że generalnie ilość godzin pracy i kilobajtów włożonych w 1,5 godzinną kreskówkę pixara jest absurdalna. co jeszcze.. kiedyś pracowałam nad całkiem fajnym programem dla travel channel. na prawde nie był zły. i co - kasa była, produkcja szła - aż do telefonu od big wigs z centrali- i szlus, koniec, everybody's going home. tak więc ruszają mnie historie, jak na przykład historia produkcji slumdog millioniare. film był kręcony na dziko, bo nie dostali pozwolenia od miasta bombaj, załoga była mninmalna, ze względu na ograniczenia lokacji (halo, slumsy), film był w połowie kręcenia odwoływany przez studio, potem przejęło go inne studio i jakoś cudem nakręcili, bo ktoś tam u góry wierzył w jego potencjał. na dodatek, film nie miał być wypuszczony na ekrany kinowe, tylko prosto na DVD . i prosz - against all odds - hicior. nawet mój tata go obejrzał (rzecz jasna mu się nie podobało, ale głównie dlatego, że nic mu się nie podoba, chyba że jest to film o papieżu bądź św. faustynie). ale imponujące, że fim dotarł - z bombaju do poznańskich kin. albo na przykład taka historia scenariusza bodajże filmu ray. film był "na tapecie" studyjnej z 6 lat. najprzód zatwierdzili produkcję, potem odwołali, potem znów zatwierdzili, dostali budżet i dopiero 6 lat później trafił na ekrany.

i dlatego niezmierną radość mi sprawia widok tych reżyserów, scenarzystów, zdjęciowców i aktorów, którym odbiera mowę albo zaczynają płakać na podium albo się histerycznie śmieją (no chyba że się jest cohen brothers, którzy mają luz i zwis i taki oskar to co tam dla nich). bo te 2 godziny filmu to często lata życia wycięte z ich życiorysu, krew i pot i nigdy do końca nie wiadomo na 100%, czy film ujrzy nawet światło dzienne. albo na przykład taki scorsese, jeden z najwybitnijeszych żyjących amerykańskich reżyserów, jeden z moich ulubionych, kręci od prawie 40 lat. nigdy nie dostał oskara. i jak mu wręczyli stauetkę za the departed, 3 legendy hollywood - coppola, spielberg i lucas - to normalnie aż mnie ścisnęło w żołądku.

wiadomo też, że masa filmów oskarowych to totalne gnioty. halo, tytanik? tańczący z wilkami?.... nie zmienia to faktu, że jest to najbardziej prestiżowa forma uznania w świecie filmowym.

tak więc jutro - you know where to find me... (w sensie, że przed telewizorem - przecież nie kodak theater)

Wednesday, February 18, 2009

to die for

umarłam. trader joe's chocolate lava cake. z zamrażalki. a że 360kcal, no cóż. nołbadi's perfekt.


p.s. jak mieliśmy jakiś czas temu na tapecie przeprowdzkę do austin, to sen z powiek spędzał mi fakt, ze w austin (oraz całym stanie texas) nie ma trader joe's. podejrzewam, że to jakaś konspira ze strony whole foods (siedziba główna w rzeczonym austin).

Monday, February 16, 2009

how's the weather

najlepszym tematem zastępczym jest pogoda. no więc u nas leje tak, że nic tylko wyłapać wszystkie wiewióry i racoony z naszego trawnika i pędem do najbliższej arki. woda i wilgoć są wszędzie, a ja mam uczulenie na grzyba (mold). niby dobrze bo kalifornia usycha w zastraszającym tempie. przy okazji zaleje nam ulicę, trudno.

wczoraj po prawie dwumiesięcznej przerwie wybraliśmy się na kolejną turę okolicznych nieruchomości. ciekawe na prawdę, ile się zmieniło przez te ostatnie 2 miesiące. niby dla nas lepiej i jest światło w tunelu (które może okazać się pędzącym pociągiem, jak oboje wylecimy z roboty). aczkolwiek szczytem awkwardness jest oglądanie mieszkania przejmowanego przez bank, z zamieszkującą go jeszcze rodziną w środku. wchodzi się bez uprzedzenia, człowiek (= nasz agent) otwiera drzwi a tam ta rodzina, która nic nie mówi tylko się patrzy, a my walimy do ich sypialni z rozbebeszonymi szafami i brudnym praniem rozwleczonym po podłodze. wychodzimy, oni się patrzą, nic nie mówią. aczkolwiek zastanawiając się bardziej, doszliśmy do wniosku, że tak na prawde to ci ludzie są winners a my losers (my czyli pan, pani, społeczeństwo). ta rodzina mieszka tam od 8 miesięcy bez płacenia hipoteki/czynszu i se pewnie nieźle oszczędzają (widziałam ciuchów z nieodciętymi metkami zmacy's porozwalanych wszędzie, więc głodem nie przymierają), wkład własny mieli zerowy, po 5-7 latach ich historia kredytowa sie pięknie zresetuje. i luz.

so, how's the weather?

Thursday, February 12, 2009

rollercoaster

mam taki sajgon ostatnio w robocie, że ja. półtora miesiąca temu były dość konkretne poszlaki, że projekt moga rozwiązać. poszlaki zostały rozwiane przed swietami. jak byłam na moim wyjeździe narciarskim to mi serce skoczyło jak raz włączyłam cnn i podawali, że microsoft zwalnia 6 tysięcy ludzi, bo przecież microsoft to taki synonim sukcesu i jak microsoft to moja firma pewnie też wkrotce, jak nie JUŻ TERAZ. co ciekawe, jak narazie pracy przy projekcie coraz wiecej i ja z pocałowaniem ręki zostanę co jakiś czas po godzinach, na prawdę. sęk w tym, że nie łudzę sie, że te poszlaki grudniowe tak na prawdę zniknęły. i tak właśnie. z kolei hubby właśnie mi doniósł, że jego firma zwolniła dziś 10% pracowników. paradoksalnie, grudzień 2008 był finansowo ich najlepszym miesiącem w historii.

Tuesday, February 10, 2009

pean na cześć dungeness crab

niewątpliwą zaletą mieszkania w północnej kalifornii jest łatwy dostęp do króla (moim skromnym zdaniem) owoców morza (a może raczej zwierzaków morza, bo krab to chyba raczej nie owoc, c'nie?). to znaczy, precisely - północnej kalifornii oraz w górę, palcem po mapie, aż do alaski. ja tam nie wiem, ale wszystkie inne kraby czy nawet lobstery sie CHOWAJĄ przy dungeness crab. delikatny, mięsisty, po-e-zja. a przy okazji w sezonie, czyli teraz - tani jak barszcz. w niedzielę hubby przytachał kilka sztuk. cena: $4.99/lb. świeżutkie z łódki...

Sunday, February 8, 2009

trzeci muszkieter


powyciągaliśmy całą masę zdjęć, jeszcze z epoki analogowej, zdjęcia zalegające w pudełkach. nelo towarzyszyła nam wszędzie i bogu dzięki dokumetowaliśmy to z pasją. 13 lat worth of pictures, 3 różne miasta, stany i wybrzeża; 13 lat różnych etapów życia, kontynent zjeżdżony wzdłuż i wszerz. flip zaadoptował nelo w 1996 roku houston, TX (prezent dla uwczesnej dziewczyny). zawsze żartowaliśmy, że nelo była jedynym prawdziwym amerykaninem w naszej rodzinie - ja wiadomo, flip z kolei urodził sie w kuala lampur w malezji.

nelo spędziła pierwsze 2 lata swojego życia w houston. podczas swojej młodości teksańskiej pojechała na swoją pierwszą podróż transkontynentalną, texas-colorado-california-texas. odkopaliśmy zdjęcia z tego okresu: nelo w yosemite, nelo w górach rockies, nelo na moście nad przepaścią, nelo w namiocie. nelo-dwulatek wyglądała zupełnie inaczej niż nelo-stateczny pies.

potem flip dostał pracę w NY, związek z ex dramatycznie się skończył i nelo wylądowała na lotnisku JFK w NYC. texan dog stał się urban dog. latem 2000 poznaliśmy się my. na jedną z naszych pierwszych randek, urodziny flipa, wypożyczyliśmy samochód. pamiętam jak flip się mnie pytał, czy możemy wziąść ze sobą jego psa, który jest bardzo grzeczny i na pewno nie będzie sprawiał kłopotu na naszym romantycznym wyjeździe. pojechaliśmy wtedy do montauk na long island. the rest is history. nelo braliśmy ze sobą wszędzie. wszystkie weekendy i wakacje planowaliśmy pod kątem nas oraz jej z nami. prince edward island i bay of fundy w kanadzie, new england shore, jersey shore, lake george, NY, poconos, PA, catskills, NY.

w 2004 kolejna podróż transkontnentalna, pięć dni trasy NY-CA. w naszym nowym domu, kalifornii, nelo zjeźdźiła z nami większą część stanu. od lake taho po santa barbara, wszystkie kalifornijskie parki narodowe: yosemite, sequoia, kings canyon.

przez 8,5 lat wypracowaliśmy idealnie naszą symbiozę. nelo była psem mało wymagającym (jej przezwisko wśród naszych znajomych to "mellow nelo"), generalnie bycie z nami wystarczało jej do szczęscia. myślę też, że dla nas bycie z nią definiowało nasze szczęśliwe chwile. był to nasz najbliższy, najbardziej lojany przyjaciel i kompan. nasz życiowy konstans. zmienialiśmy miejsca zamieszkania i pracę, czasami było źle - nelo była zawsze z nami, zawsze z nosem wtulonym w pachę swojego pana, nawet w naszych najniższych momentach. kiedy się kłociliśmy, nelo chowała się w kącie ze skulonym ogonem. kiedy się przytulaliśmy przychodziła do nas i wciskała glowę między nasze kolana. kiedy płakałam, przychodziła lizać mnie po twarzy. kiedy się budziliśmy rano, nelo przychodziła do każdego nas, z każdej strony łóżka i na powitanie lizała nas po twarzy. ostatni raz- jak wróciłam do domu z moich wakacji narciarskich 2 tygodnie temu. była tak słaba, że ledwo podniosła głowę. flip twierdził, ze nie dawała mu "buziaków" przez całą moją nieobecność i że za mną tęskniłą, a mój powrót dał jej zastrzyk energii.

pustka po utracie przyjaciela jest straszna. bardzo tęsknimy za naszym srebrnym lisem.


***dziękuję wszystkim za dobre słowa

Thursday, February 5, 2009

pożegnanie

nelo odeszła od nas tamtej nocy. zmarła na swoim łóżeczku, z głową na kolanach męża. zalała nas pustka i potworny żal.

Tuesday, February 3, 2009

low

wstalam dzis wczesniej albowiem w robocie mialam DOSC WAZNY DZIEN. w drzwiach do wyjscia z domu szykowal sie juz w tym momencie maz, albowiem mial BARDZO WAZNY DZIEN, cos w san rafael - cholera wie, gdzie to jest. hubby sie zwinal, a ja wypuscilam nelo na siku. poczym pies wrocil do domu. ide w kierunku lazienki i patrze. pies BARDZO BARDZO chory. dzwonie, hubby juz na hwy 17, nie ma szans. emaile do szefa, wspolpracownikow, zostaje w domu, cale szczescie, ze pracuje z ludzmi a nie z cyborgami (czego kiedys doswiadczylam i owszem JEST ROZNICA). nie wiem, ile tak jeszcze wszyscy razem pociagniemy. dopisek** i nie wiem, gdzie jest ta granica. pomiedzy egoizmem a miloscia. co jest gorsze, co jest lepsze.

Monday, February 2, 2009

down

caly weekend spedzilismy w domu z nelo, praktycznie nie wychodzac z domu. nelo jest w ostatnim stadium niewydolnosci nerek. przewaznie spi, czasami sie budzi i wtedy robi "obchod" domu. w niedziele bodajze wzielismy ja do psa sasiada, jej ulubionego "kolegi" i wydawala sie byc zadowolona. nie je w ogole. pije, jak jej sie przyniesie wode. caly czas lubi byc glaskana. jestem wykonczona psychicznie, nie mowiac juz o tym, jak musi czuc sie flip, ktory sie nia zajmowal sam przez okres mojej nieoecnosci. oboje wiemy, ze bardzo trudne decyzje sa w niedalekiej przyszlosci i modle sie, zeby w odpowiednim momencie natura zadecydowala za nas. eutanazja lojalnego i kochanego przyjaciela jest straszna.