Saturday, January 31, 2009

laid-off: a day in the life

o odd todzie przypomnialam sobie kilka dni temu, sluchajac w drodze do domu na NPR wywiadu z autorem komiksu dilbert. no wiec ponoc dilbert, odwieczny cubicle-owiec, zgodnie duchem czasow staje sie bezrobotny. i w czasie tego wywiadu przypomnial mi sie ostatnio przeze mnie zapomniany, a swojego czasu preze mnie uwielbiany, odd todd. kiedys jak bylam bezrobotna znajoma mi podeslala na poprawe humoru linka do oddtodd.com i generalnie padlam na kolana przed geniuszem kreatora postaci i swiata odd todda. historia siega wstecz do dot-com bust-u, facet ponoc stracil robote i z braku zajecia nauczyl sie flash'a i zalozyl strone internetowa z wlasnymi mini-produkcjami kreskowymi . tematyka: dzien w zyciu bezrobotnego. uwiecznienie calego doswiadczenia bezrobocia - genialne. ktokolwiek przez to kiedys przeszedl- mysle, ze sie zgodzi ze mna (i z wizja odd todda). strona od dawna jest instytucja (defakto dzieki niej gosciu skonczyl jako scenarzysta w hollywood. powaga) ale mysle, ze teraz przezywa szczegolny renesans. ponizej dla zachety pierwszy filmik- swoisty pilot.

Friday, January 30, 2009

first strike

teraz uwaga, bede bluznic, takze jak ktos nie chce slyszec narzekania na naszego wspanialego prezydenta - earmuffs! ( kto wie z kad to cytat z tymi earmuffs?)

no wiec wczoraj po raz pierwszy wkurzyl mnie obama. chodzi o te bonusy w firmach, ktore otrzymaly bailout zwany tarpem. i reakcje obamy. shameful? inappropriate? irresponsible? heh, jak ja bym byla takim exekiem to bym sie teraz tarzala ze smiechu, ze go pan prezydent zrugal. zamiast kurna zwolac dochodzenie, zagrozic legal action, wiezieniem, nie wiem, jakies sankcje - cokolwiek, co by UKARALO tych ludzi. wiadomo, ze ten caly tarp to jednow wielkie bagno, ale jesli sa raporty o konkretnych firmach i konkretnych bonusach, powinnyna prawde poleciec glowy - i to w sensie doslownym.

tak wiec mr. president - first strike.

Thursday, January 29, 2009

duty free

moze faktycznie jestem juz pruderyjna amerykanka, co sie boi kawalka cycka. kolejny dowod na to, ze ameryka wyprala mi mozg i czas wracac na lono ojczyzny. w kazdym razie najbardziej szokujacym momentem moich wakacji byl sex shop na lotnisku w monachium, usytuowany tuz obok apteki. ja wiem, ze europejczycy sa wyzwoleni i liberalni i w ogole a amerykanie to pruderyjni hipokryci, ale okno wystawowe z kilkunastoma lateksowymi penisami rozmiarow KONSKICH, NA LOTNISKU mnie z lekka powalilo. zdjec nie ma, complaints prosze kierowac do jet laga i mojego zamulonego mozgu. trzeba wierzyc na slowo tym razem.


*** ania b. dzieki za inspiracje :-)

Wednesday, January 28, 2009

voila

































Tuesday, January 27, 2009

your home is where your heart is

czasami jest tak, ze sie czlowiek nastawia, planuje, antycypuje a potem wszystko wychodzi nie tak jak mialo byc i generalnie jedyne co pozostaje to zal i niedosyt. czas jest ostatnio dla mnie najcenniejszym commodity. wiec jak juz sie czlowiek decyduje zainwestowac ten cenny czas to fajnie by bylo, zeby efekt byl MILY. tym moim wakacjom bylo daleko do perfekcji pod bardzo wieloma wzgledami, lista jest dluga.

fascynuje mnie ostatnio zjawisko swiat rodzinnych. taki np. kuzyn meza. jezdzi do rodziny raz do roku na thanksgiving i co roku sa spiecia. w tym roku pojechal sam, bez swojej partnerki i z tego co rozumiem nastapilo apogeum spiec, wrocil wkurwiony i strasznie rozzalony. rozmawiajac z nim usilowalam zrozumiec czemu tak to, przeciez w koncu kocha swoich rodzicow, wiadomo, ze rodzice sie starzeja i ze czemu by nie spedzic tych kilku wspolnych chwil MILE. no wlasnie. ten moj wyjazd byl moim wlasnym takim apogeum. z mojego punktu widzenia, jak sie widzi kogos raz na rok, to nie fajnie by bylo rozmawiac o rzeczach milusich? rainbows&unicorns, anyone??? moze nie. moze wlasnie winna jest ta antycypacja, brak czasu i stres.

co jeszcze. nie wiem, czy jest to choroba stricto polska, czy po prostu sprawa indywidualna. jak ja mam goscia to staram sie byc dla niego MILA. w sensie: nie krytykowac jego pogladow politycznych i pogladow na zycie oraz kraju gdzie ta osoba mieszka. ale moze mam zbyt wysokie standarty? w kazdym razie regularnie przy kontaktach polsko-rodzinnych slysze, ze amerykanie to idioci, spasione grubasy, ameryka jest glupia i paskudna i co ty w ogole anka tam robisz. i ty w ogole to juz jestes anka amerykanka. bo nie uwazasz ze wszyscy arabowie to zakala ludzkosci. ale luz, zen i kwiat lotosu. na nieszczescie doszedl jeszcze w tej wersji temat obamy i zydow (co z tego, ze ja wyszlam za zyda i moja nowa rodzina to zydzi. jakos nikt nie widzi korelacji). no wiec obama to socjalista, ktory obiecuje gruszki na wierzbie i sciemnia. a poza tym czy istnieje kraj zarzadzany przez czarnucha ktory nie jest bagnem??? przeciez wystarczy spojrzec na afryke. przyszli czarni, wypieprzyli apratheid i co - nadal jest dno. i w ogole taki mugabe - tez byl przeciez ksztalcony przez bialych. i co - doprowadzil kraj do ruiny. jednym slowem obama=mugabe. anka, co ty sie tak gapisz na tego obame, ile mozna?? przeciez to chyba jakis kult! i tak obama jest muzulaminem. once a muslim always a muslim. aha, jeszcze temat zydow i gazy. no przeciez ameryka to SAMI zydzi, jasne, ze nie interweniuja. a wogole ania, chcesz uslyszec kawal o zydach? jasne, po prostu MARZE o tym.

i ta mania wiecznego oceniania, porownywania i checi dosolenia. polska? nie-polska? ja mam juz taka fobie, ze generalnie stram sie w ogole nie OPOWIADAC jak jest w tej hameryce. 10 lat takich wyjazdow, czlowiek sie uczy. ale tez staram sie byc grzecznym gosciem i nie mowie wszystkim dookola, ze polacy to alkoholicy i zlodzieje, rasisci, homofobi i antysemici.

i tak to. byc moze moja rodzina ma racje, ze ja juz jestem AMERYKANKA. a moze po prostu your home is where your heart is. moje serce jest jest z moim mezem, amerykanskim zydem, czlowiekiem, ktory stara sie wpajac we mnie tolerancje i kochanie ludzmi, jakimi sa (i jak widac po tym poscie skutki sa mieszane), oraz umierajacym psem, ktory nauczyl mnie bezinteresownej przyjazni i milosci. i to jest moj dom.


p.s zdjecia beda oraz defakto sprawozdanie wakacyjne tez ;-)

Monday, January 26, 2009

jet lag

siedzę w robocie i się trzęsę. nosz kurna jestem tak zmęczona, że zaraz się za przeproszeniem pożygam. tyle przemyśleń powakacyjnych na dzień dzisiejszy.

Wednesday, January 14, 2009

all i need is a miracle

wczoraj wchodze do domu z pracy a przy drzwiach wita mnie kilkoma machnieciami ogona pies. wczoraj rowniez nasz srebrny lis laskawie zjadl cala porcje jedzenia, ulozyl swoje lozeczko lapami jak robi to normalnie oraz wydawal sie byc calkiem calkiem. nie chce zapeszyc, ale na dzien wczorajszy i dzisiejszy medycyna i farmakologia dzialaja na nasza korzysc. maz zostaje na posterunku, jego bilet niestety nam przepada. takie zycie. w kazdym razie ze wzgledu na pozornie pozytywny zwrot wypadkow moj wyjazd nie bedzie przynajmniej z zalozenia tortura i jednym wielkim wyrzutem sumienia i poczuciem winy, byc moze nawet bedzie odrobinie fajnie i wakacyjnie. a to ze moja rodzina wykonczy mnie byciem soba, czyli moja rodzina, to inna sprawa. w kazdym razie, jurop hir aj kam.

Sunday, January 11, 2009

...

bardzo, bardzo ciezko obserwowac ukochana dusze jak wchodzi ona na ostatni zakret drogi...

Thursday, January 8, 2009

it is written

z innej beczki to znajomi wyciagneli nas na film w zeszla sobote. slumdog millionaire wpisal sie w moje ostatnie filmowe OCD idealnie. a tak poza tym to film niesamowity, zaszokowal mnie swoja brawura wizualna, aktorska (szczegolnie dzieci), oryginalnym polaczeniem watkow kiczu bollywodzkiego i brutalnego dokumentu, swietna kamera i muzyka - no po prostu nowa jakosc. poza tym czy tylko mi sie wydaje, ale scena z autografem jest totalna aluzja do pewnej sceny w trainspotting?

Tuesday, January 6, 2009

walka

dziekuje wszystkim za informacje odnosnie odwolywania biletow.

na dzien dzisiejszy wyglada na to, ze maz zostaje w domu z psem, a ja jade. wakacje to defakto spotkanie z moja rodzina (na gruncie francuskim), wiec ma bardziej sens, zebym ja jechala. bardzo zly timing wszystkiego, bardzo. ale nie wyobrazam sobie zostawic nelo obcym ludziom na 12 dni, w obecnym jej stanie. pod opieka meza wiem, ze bedzie tak dlugo walczyla, ile jest jej pisane, i maz da jej komfort psychiczny i fizyczny tak dlugo, jak sie da. pozostawiona sama sobie - wole nie myslec.

nadal nie wiemy, ile zostalo czasu. nasza pani weterynarz jest niesamowita -oby moj "ludzki" lekarz mial tyle samo cierpliwosci, dokladnosci, etyki zawodowej i poswiecenia sprawie jak ta kobieta. wczorajsza rozmowa z nia wiele wyjasnila, ale niestety nie dala odpowiedzi na najwazniejsze pytanie: ile jeszcze dni? tygodni? miesiecy? na podstawie badan nie da sie okreslic. i tyle. zwierze moze zyc kilka tygodni albo kilka lat, w zaleznosci od tego, jak jego organizm przystosowuje sie do sytuacji.

nelo dzielnie walczy. chodzi za nami po domu, sledzi nasze ruchy, jest zainteresowana wychodzeniem na trawnik przed domem. natomiast nie je w ogole. przez ostatnie 3 dni wciskalam jej do pyska na sile rozmaite papki. technika nastepujaca: papka na palec wskazujacy, sila otwieram nelo pysk, wsadzam palec tak gleboko jak sie da, sila zamykam pysk. misja to 400 kalorii dziennie, minimum, ideal to 800. niewazne co, wazne sa kalorie. wczoraj dostalismy recepte na lekarstwo na nudnosci, ktore ma na celu poprawe jej apetytu. wydaje nam sie, ze zadzialalo, nelo z wlasnej woli zjadla kika sporych kawalkow indyka ( w imie zasady, ze nawet pokarmy szkodliwe sa lepsze, niz zero pokarmow). wczoraj tez po praz pierwszy podalismy jej podskornie plyny - w domu. mozna robic to u weta albo w domu, w naszym przypadku, dla spokoju i komfortu nelo, postanowilismy zaryzykowac i przeprowadzic pierwsza taka procedure w domu. dostalismy litrowe torby z roztworem bodajze solnym, rurki i igly. wbija sie igle pod skore i podaje kroplowke - w naszym przypadku 500 ml. poszlo idealnie. nelo wygladala o tym jak balon z woda, bo ten plyn ulokowal jej sie bo bokach. kosmos. i tak codziennie, do odwolania.

dziekujemy raz jeszcze wszystkim za mile slowa otuchy, dobre mysli i trzymane kciuki.

dopisek

zapomnialam napisac, ze bilety sa z cheapticekts.com. czyli (chyba) z zalozenia nierefundowalne?

Monday, January 5, 2009

pytanie

czy ktos ma jakies doswiadczenie w temacie odwolywania zakupionych juz biletow lotniczych? tzn. wiem na 99,9% ze raczej nic sie nie da zrobic i ze bilety przepadaja, ale moze sa jakies kruczki o ktorych normalny osobnik nie wie? thank you from the mountain.

Saturday, January 3, 2009

wyrok

a jednak wyniki przyszly dzis. pani wet zostawila nam wiadomosc. to, co udawalo nam sie kontrolowac przez prawie dwa lata, wrocilo ze zdwojona sila. niewydolnosc nerek. niestety jak odzwonilismy, pani wet juz nie bylo, czyli trzeba czekac do poniedzialku. glowne pytanie: 2 tygodnie czy 2 miesiace? jak zle sa te wyniki? pies umierajacy czy pies bardzo ciezko chory?

i jasne, za 12 dni mamy jechac na wakacje 11 dniowe do europy. i co.

same znaki zapytania.

dzis wmusilam w nelo papke z 2 ziemniakow i rosolu. mieso - out. zalecana dieta niskoproteinowa. nelo tez byla dzis na spacerze i bardzo dzielnie maszerowala.

na dzien dzisiejszy, modle sie o spokojna smierc, kiedy nadejdzie juz na to czas. nie wyobrazam sobie, nie jestem w stanie nawet pomyslec o mozliwosci uspienia. o tej decyzji.

Friday, January 2, 2009

.

nasza nelo skonczyla wczoraj 13 lat. od kilku dni (moze tygodnia) odmawia jedzenia, od 2-3 dni nie je praktycznie nic. uporczywie nasuwa mi sie skojarzenie z bacia meza (ta co ma 100 lat), ktora rok temu zaczela odmawiac jedzenia, i od tego czasu karmia ja przez rurke. pojechalismy dzis do naszego weta-specjalisty chorob wewnetrznych, ktory leczy nelo od jej epizodu 2 lata temu. powiedziala nam, ze w normalnych warunkach psy z jej choroba zyja 6-12 mies, tak wiec i tak jest o cud, ze caly czas jest z nami. jutro wynki badan krwi.

przed chwila wmusilam w nia kawaleczki wolowiny, ktore specjalnie dla niej ugotowalam. doslownie wpychalam jej do pyska kawalek po kawalku.

modle sie, zeby to jeszcze nie byl TEN moment. jeszcze nie teraz.