Monday, October 27, 2008
british invasion
czasami tak mnie najdzie, że oglądam filmy gatunkami czy szeroko pojętymi kategoriami (w takich sytuacjach netflix jest po prostu niezawodne). takie mam małe OCD filmowe. hubby z reguły nie protestuje, jeśli filmy są znośne w jego mniemaniu. w ten weekend przerabialiśmy brytyjskie filmy gangsterskie: bardzo dobry i zakręcony the bank job oraz jeszcze lepszy i równie zakręcony layer cake, z moim idolem i bogiem, danielem craigiem (prawda jest taka, że skrycie przygotowuję się do najnowszego bonda). następne w kolejce lock, stock and two smoking barrels (tak, wiem że stary i że jestem pewnie ostatnią osobą, która nie widziała tego filmu). szukam dalszych kandydatów do kolejki, tematyka luźno brytyjsko-gangsterska/heist.
Saturday, October 25, 2008
property virgins
jest na którymś z progamów kablówki taki program "property virgins", program reality rzecz jasna. pierwszorazowi nabywcy domu szukają lokum i doświadczony real estate agent udziela im całą masę cennych rad i wskazówek. no więc takie property virgins to my i w ten weekend dokonaliśmy wlaśnie inicjacji. na początek postanowiliśmy szukać lokalnie w santa cruz. luzik. jedno mieszkanie za 430 tysiaków rzut kamieniem od naszgo domu, wyszliśmy załamani bo klaustofobiczne, ciemne, niski sufit, zero praktycznie living roomu i mimo że nówka po remoncie gruntownym to deprecha totalna. 900 sq f = circa 80m2. jutro na oglądanie mamy umówione dwa mieszkania, też rzut kamieniem od nas, jedno 330 tysiaków a drugie taniocha, zaledwie 310 (tysiaków rzecz jasna). pewnie se strzelimy w łeb jak je zobaczymy, spodziewam się mówiąc szczerze niewiele...no ale nie zrażamy się, czasu mamy w bród i bedziemy zataczać coraz w większe koło...
z rozrywek mniej stresujących byliśmy dziś lokalnym na farmers market, taki gloryfikowany targ, z farmerami hipisami sprzedającymi organiczne warzywa i owoce. piękne słońce i upał, stoiska uginały sie pod jesienną ofertą okolicznych farmerów, masa kupujących, hipisi i hipisi wannabes oraz my.
a teraz przyszła mgła - taka, że wracając z mojego wieczornego marszu wracałam do domu niemalże po omacku. idealna pogoda halloweenowa.
z rozrywek mniej stresujących byliśmy dziś lokalnym na farmers market, taki gloryfikowany targ, z farmerami hipisami sprzedającymi organiczne warzywa i owoce. piękne słońce i upał, stoiska uginały sie pod jesienną ofertą okolicznych farmerów, masa kupujących, hipisi i hipisi wannabes oraz my.
a teraz przyszła mgła - taka, że wracając z mojego wieczornego marszu wracałam do domu niemalże po omacku. idealna pogoda halloweenowa.
Thursday, October 23, 2008
I got to get away Feel I got to get away Oh oh oh yeah
pierdolę recesję, znaleźliśmy i-de-al-ny domek w tahoe, nad samym jeziorem. domek wolnostojący, nie jakieś tam condo w molochu, kominek, "dogs are welcome", oraz, tadam: hot tub, wielkie jacuzzi DWUOSOBOWE. tak więc przez 4 dni będziemy uskuteczniać naszą wersję dziękczynienia, czyli obgryzać nogi indycze w owym jacuzzi na przemian z rąbaniem drwa (ulubiona rozrywka hubbiego) tudzież maseczką z butternutsquasha na ryju (moi), zapijając wódką z cranberry. nie wiem czy to rozsądne podejście, może powinniśmy zacisnąć pasa i posypać głowę popiołem bo recesja, nasi znajomi zrezygnowali z corocznych wakacji grudniowych na hawajach BO RECESJA. nie wiem, nie mam opinii w tym temacie mówiąc szczerze. natomiast swieżo upieczony podwójny tatuś kolega bartas zapowiedział, że jak kryzys, to ani chybi nastąpi wyż demograficzny, więc może coś dobrego z tego wszystkiego będzie?
Tuesday, October 21, 2008
Your head will collapse, But there's nothing in it, And youll ask yourself, Where is my mind ***
jakiś czas temu szwagierka-nujorkerka zarzuciła pół-żaretm: “ania, you lost your edge”. rozmawiałyśmy bodajże o filmach. szwagierka jest bardzo aktywna kulturowo, koncerty, art openings, spejalne pokazy filmowe, after-parties i w ogóle. ja też tak kiedyś miałam co nie. film był moją wielką pasją. chodziłam do kina SAMA. może nie na jakieś totalnie eksperymentalne ekstremy, ale chodziłam nawet czasami po kilka razy w tygodniu, kino niezależne kochałam. pod tym względem NY był ideałem, mekką, rajem. a teraz co? kupa. jedyne na co mam energię to maraton dvd „30 Rock” (boski btw). czuję się wyzuta i wyżuta inetelekualnie jak nigdy. najlepsze jest to, że nie ma na to jakiś specjalnych powodów, typu wyjący bachor czy ultra-wymagająca praca. OK, po śmierci mojej matki przez rok oglądalismy tylko i wyłącznie komedie (a w szczególności po tym jak na filmie „Pan’s Labyrinth” dostałam ataku płaczu jak nigdy przedtem) oraz hubby monitorował wszytsko przez pryzmat czy: a) ktoś umiera , b) czy pokazują wypadki samochodowe. ale ta era minęła już na dobre chyba więc teoretycznie chyba mogłabym zacząć uaktywniać mój mózg od nowa. bo marazm mnie zeżre do końca i tak jak teraz mi się wydaje, że nie mam inetelektualnie NIC wspólnego z anią k. z roku powiedzmy 2003, to co będzie później?
***pixies rzecz jasna. ukłon dla dixies za przypomnienie mi.
Monday, October 20, 2008
Saturday, October 18, 2008
slice of paradise
ok 3km od naszego domu jest taki fajny park, do którego co roku zlatują się motyle monarch buttefly (nie znam polskiej nazwy). nie że kilka motyli, tylko dosłownie masy, setki, tysiące. i te motyle pasą sie na drzewach eukaliptusa, wygląda to niesamowicie, bo dosłownie oblepiają gałęzie i latają chmurami wokół drzew. i ponoć właśnie motyle znów przyleciały, tydzień temu była inauguracja sezonu, więc chyba się przejdę, może uda mi się zrobić kilka fajnych zdjęć.
Friday, October 17, 2008
bailout this, bailout that
w sumie to dość stare wieści, ale mi się przypomniało, bo rano w ramach mojego ewidentnego uzależnienia od codziennej dawki nerwów słuchałam w NPR audycji na temat budżetu kalifornijskiego, a raczej na temat jego braku i reperkusji. okazuje się bowiem, że teraz nagle wszyscy potrzebują na gwałt bejlałtów, nie tylko rekiny wallstretowe, ale też stan CA. no ale co tam nędzne 7 mld USD w porónaniu z 700 mld, czy 25 mld USD, które cichaczem otrzymały Ford i GM.
Thursday, October 16, 2008
dia de los muertos
aż mi się nie chce wierzyć, że nikt nie czytał misia paddingtona. czyżbym była ewenementem? fakt faktem, że moja matka była zagorzałą anglofilką (poza byciem umiarkowanie zagorzałą żydo-filką) i zapewne jej marzeniem było wysłanie mnie do jakiejś prestżowej boarding school w szkocji, gdzie ja przechadzałabym się po parku w tweedowym płaszczu, białych podkolanówkach, z tomikiem poezji edtith wharton w ręku, a my widywałybyśmy się w weekendy, udając się w podskokach na gorącą czekoladę bądź hot cider. z braku laku być może rekompensowała misiem paddingtonem?
anywho. zrobiło się już trochę tweedowo, thanksgiving za pasem i szukam jakiegoś PRZYSTĘPNEGO cenowo domku/cabin/condo w okolicach taho/high sierra/ yosemite bądź kings canyon. jakby co to proszę o cynk.
zbliża sie też haloween i jestem w procesie ponownego oswajania tego miłego dnia, dostaliśmy bowiem zaprosznie na imprezę. moje pierwsze lata w tym kraju, w nujorku, no cóż -- najlepsze imprezy że tak powiem życia, a halloweeny w szczególności. kultu święta zmarłych z domu nie wyniosłam, moja matka unikała cmentarzy, bo "powodowały u niej depresję". w sumie się nie dziwię. z kolei ojciec co roku odbywał pielgrzymki na grób swojego ojca, czasami się na nie załapywałam a czasmi nie. potem hameryka, haloween i tak właśnie zleciało. potem w 2006 zginęła moja matka i mówiąc szczerze przez ostanie dwa lata haloween stały się dla mnie (o ironio) znów świętem zmarłych. wszyscy na imprezę a ja miałam ochote zakopać łeb w piasek, ewentualnie popiół i do imprez (jakichkolwiek) nie mogło mi być dalej. po raz pierwszy zabrakło mi tego cholernego święta zmarłych, chwili na medytację i symboliczne zjednoczenie sie ze zmarłymi. choć pewnie gdybym była w polsce i miała możliwość odwiedzenie cmentarza, pewnie bym tak samo jak ona odchorowywała ten dzień i robiła wszystko, żeby na ten cmentarz nie iść.
a tytułowy dia de los muertos to dzień zmarlych w meksyku. z tego co rozumiem (bo nigdy nie byłam osobiście świadkiem), meksykanie połączyli kult zmarłych z imprezą i owszem, spędzają ten dzień na cmentarzu, ale też sie bawią i cieszą i jest to dużo lżejsze niż nasze polskie, smutne i ponure zaduszki. osobiście bardzo mi się ta idea podoba, jest taka...ludzka.
Monday, October 13, 2008
please look after this bear
o jeeezuuu!!! google uhonorował misia paddingtona (50 rocznica pierwszej edycji książki)!!!! palec pod budke kto czytał lub komu czytano misia paddingtona! nawet ostatnio zgadałam się z hubbym, bo nasze lektury dzieciństwa dość mocno się różnią (dr seuss? hę? ptasio radio może?) - a tu prosz. oboje znamy i lubiamy misia paddingtona. i jak tu nie kochać googla ja się pytam?
Subscribe to:
Posts (Atom)


