Saturday, August 16, 2008

omheads

bosz, dawno nigdy chyba nie slyszalam tam dzwiecznego i glosnego om jak dzis rano. dawno temu w NY, jak chodzilam na joge, om bylo raczej afterthought. przedzial wiekowy 20+, zajecia w silowni, om bylo niesmialym i cichym dodatkiem do lekcji cwiczen rozciagajacych. zdecydowanie narzucano-wymuszanym przez trenerke, dodam. natomiast w santa cruz- aka hippy central (taa, tu do dzis nosi sie kwiaty we wlosach) - wrecz przeciwnie. kurde, ci ludzie dzis nie mogli przestac ommmowac. ommmmmmmoooooommmmmooooommmmmm. BARDZO GLOSONO I BARDZO WIBRUJACO. na dodatek, zapomnialam o elemencie "relaksu" -- tzn, nie zapomnialam, ale zapomnialam o gadce nauczyciela w trakcie. w NY nasza nauczycielka byla koszmarna pod tym wzgledem, do dzis slysze jej zawodzace "reeeeeeeelaaaaaaaaaax". koles dzis uderzyl w tony z cyklu "feel yourself connected to the earth". jezu. nie wiem, ja sie tam najlepiej relaksuje w CISZY. ale i tak bylo fajnie. porozciagalam stare kosci, polaczylam sie z wszechswiatem. om & namaste.

2 comments:

Anonymous said...

moj om to zawsze taki niesmialy i cichutki jest, nawet w domu gdy cwicze joge tremuje sie przy omie :) A jak Twoj om wyszedl, dolaczylas sie do grupy? Jaka joge cwiczysz? Ja cwiczylam ashtange, ale ostatnio sie zaniedbalam, wroce na jesien.

ania k said...

suvka: wczoraj byla hatha, ale jest ona dla mnie chyba zbyt emerycka. normalnie zawsze chodzilam na vinyase i bylo to faktycznie wyzwaniem. hatha raczej nie.